KAPITAN JÓZEF STOJANOWSKI (1893-1964) z Kozaków – żołnierz Niepodległej cz. 2

Jurij Tkaczenko, Piotr Kostikow, Z nakazu serca, „Kraj Rad” nr 39 (271) z 22.09.1963 roku s. 18-19.

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie — głosi stare przysłowie. Chcemy opowiedzieć dziś o prawdziwych przyjaciołach — o pewnej polskiej rodzinie, która dokonała bohaterskiego czynu w okresie najtrudniejszym dla obydwu naszych narodów.

Siedzimy w ogródku przed domem rodziny Stojanowskich w Legionowie pod Warszawą. Rozmawiamy o dniach, od których upłynęło już prawie dziewiętnaście lat. Wydarzenia, które miały wówczas miejsce, są jednak w pamięci naszych rozmówców tak świeże, jak gdyby działo się to niedawno…

BYŁO TO W PAŹDZIERNIKU 1944 ROKU

Październik 1944 roku był nadzwyczaj chłodny i dżdżysty. Mogło się wydawać, że to sama przyroda dawała wyraz swemu oburzeniu wobec nieludzkiego okrucieństwa hitlerowców cofających się pod ciosami Armii Radzieckiej. Wiatr ze wschodu coraz częściej i wyraźniej przynosił odgłosy artyleryjskiej kanonady; ludzie z nadzieją i radością podnosili głowy w górę na widok przelatujących samolotów z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach.

Czuli, że chwila wyzwolenia jest bliska. Niewielka miejscowość letniskowa Legionowo, która do niedawna jeszcze była głęboko na tyłach, znalazła się w tych październikowych dniach prawie na samej linii frontu. Ponadto rozmieściła się w niej doborowa dywizja „Herman Goering”. Prawie jedyny w dzielnicy, cudem ocalały domek Stojanowskich, stał się miejscem schronienia dziesięciu sąsiedzkich rodzin.

Oprócz gospodyni domu — pani Elżbiety i jej trzynastoletniego syna Zbigniewa, wraz z rodziną Stojanowskich mieszkał od dawna przygarbiony staruszek o zarośniętej twarzy, który wyglądał co najmniej na siedemdziesiąt lat.

Mój wujek ze wsi — przedstawiała go sąsiadom pani Elżbieta. Nikt nie domyślał się nawet, że „staruszek” ten jest mężem gospodyni. Józef Stojanowski, były kapitan wojsk polskich, od dawna ukrywał się w ten sposób przed gestapo. Miał wówczas zaledwie czterdzieści kilka lat…

To były trudne czasy — mówi Józef Stojanowski. — Wyobraźcie sobie sytuację: w piwnicy pełno sąsiedzkich rodzin, z których połowę stanowią dzieci — i ani jednego mężczyzny. A na górze pełno Niemców, którzy upatrzyli sobie nasz dom na szpital polowy. Wszyscy czekaliśmy z niecierpliwością na chwilę wyzwolenia i nie mogliśmy opędzić się od trwożnych myśli: „Co jeszcze mają zamiar wyczyniać z nami Niemcy w ostatniej chwili?”

Pewnej nocy do piwnicy wtargnęli gestapowcy z psem.

Czy tu schowany jest rosyjski lotnik? — spytał jeden z nich. Jaki lotnik? -odpowiedział spokojnie pytaniem na pytanie Józef, wskazując na wystraszone kobiety i dzieci.

Został strącony radziecki samolot — wyjaśnił oficer — załoga wyskoczyła ze spadochronami, jednego złapaliśmy, a drugi gdzieś się ukrył.

Jeśli znajdziemy go u was — dodał inny gestapowiec — rozumiecie chyba, co was czeka. Niemcy obszukali piwnicę, podwórze, nic nie znaleźli i poszli.

Front był już widocznie tak blisko — dodała pani Elżbieta — że Niemcy zabronili nawet w dzień wychodzić z piwnicy.

– Pewnego wieczoru — opowiada gospodyni — wybrałam się do ogrodu, żeby nakopać trochę kartofli. Padał drobny deszczyk, noc była tak ciemna, że nie widać było nic dosłownie na odległość dwóch kroków. Bojąc się, że się o coś potknę, wyciągnęłam ręce przed siebie, zrobiłam kilka kroków i…

Kto to? — spytałam cicho z trudem tłumiąc okrzyk, gdy natknęłam się nagle na człowieka ubranego w jakiś strój z grubego materiału.

Nie bójcie się, mateczko — zabrzmiała odpowiedź po rosyjsku — jestem radzieckim lotnikiem, strącono nas tu kilka dni temu. Natychmiast zrozumiałam. To właśnie jego szukali Niemcy. Oczy przyzwyczaiły się do ciemności i pani Elżbieta zobaczyła przed sobą nieznajomego. Był bardzo młody. Wychudzona twarz i zapadnięte oczy świadczyły, że człowiek ten od kilku dni nie miał nic w ustach.

Jesteś ranny? — spytała pani Elżbieta, widząc zabandażowaną nogę.

Zadrapało w powietrzu — odpowiedział krótko lotnik, jak gdyby dając do zrozumienia, że nie to jest w tej chwili najważniejsze. Minęło zaledwie kilka sekund i pani Elżbieta podjęła decyzję.

Nie wiem — mówi — czym była ona podyktowana — nienawiścią do Niemców, czy troską o tego młodego rosyjskiego chłopca. Postanowiłam: „Nawet gdyby miało to grozić niebezpieczeństwem mojej rodzinie, nie oddam go w ręce Niemców”.

– Poczekaj, synku, zaraz wrócę — powiedziała i weszła do domu. Nie wolno było ukryć tego przed sąsiadami — przecież niebezpieczeństwo groziło również im, ich bezbronnym dzieciom. W milczeniu wysłuchali słów gospodyni, każdy zdawał sobie sprawę, na co się naraża. Rozumiejąc przyczynę tego milczenia Józef Stojanowski powiedział nabrzmiałym ze wzruszenia, lecz pewnym głosem:

– Jeżeli się coś stanie, jako głowa domu, biorę na siebie całą odpowiedzialność. Idź, przyprowadź go. Ja będę z korytarza obserwował Niemców. Lepiej, żeby się ukrył w piwnicy sąsiedniego, zburzonego domu.

Dla radzieckiego lotnika minuty oczekiwania ciągnęły się w nieskończoność. Zaufał polskiej kobiecie, która weszła do domu pełnego Niemców. Wyszedłszy ostrożnie z domu, pani Elżbieta skierowała się w stronę szopy, gdzie pozostawiła Rosjanina.

– Tu masz chleb, gotowane kartofle i butelkę wody — szepnęła. — Schowasz się w piwnicy tamtego domu. Nie wychodź stamtąd. Jedzenie będę zostawiała przy wejściu do piwnicy. Lotnik zrobił krok we wskazanym kierunku – lecz nagle zatrzymał się i zapytał:

Jak się nazywacie, mateczko?

Elżbieta

A ja — Włodzimierz Mechoncew. Gdyby się coś ze mną stało — powiedział podając dwie kartki papieru — wyślijcie jedną do domu, a drugą oddajcie dowódcy, gdy przyjdą nasi. Od tej chwili rozpoczęła się bohaterska walka rodziny Stojanowskich o życie radzieckiego lotnika. Cała rodzina — Józef, jego żona i nawet ich kilkunastoletni syn Zbigniew zdawali sobie sprawę, że narażają się na śmierć. Rozumieli jednak doskonale, że bez ich pomocy radziecki lotnik zginie. Robili więc wszystko, aby pomóc mu, podtrzymać na duchu tego człowieka, który stał się im drogi i bliski. Niemcy nie podejrzewali nawet, że „pomylony” staruszek, którego nazywali z ironią „Altvater”, kręcił się nocą po ogrodzie po to, by zostawić u wejścia do piwnicy zrujnowanego domu kawałek chleba, kilka gotowanych kartofli, wodę, a niekiedy nawet butelkę gorącej herbaty. Tak było co wieczór.

Pewnego wieczoru, wychodząc do ogrodu na swój kolejny rajd „po drzewo”, Józef zauważył słabe światełko w piwnicy, w której ukrywał się Włodzimierz Mechoncew. Zaniepokojony, zapomniał, że jest „w podeszłym wieku” i pobiegł w stronę sąsiedniego domu, wołając po drodze do syna: — Zbigniew, uważaj na Niemców! Niemieckie patrole kręciły się w pobliżu i w każdej chwili mogły zauważyć światełko w ruinach pobliskiego domu. Józef wpadł do piwnicy. Przy drzwiach stał Włodzimierz Mechoncew z pistoletem w ręku. U jego stóp leżał zabity Niemiec — jeden z tych, którzy codziennie kręcili się po domu Stojanowskich. Z twarzy lotnika Józef wyczytał, że jest on gotowy na wszystko i pragnie jedynie jak najdrożej sprzedać swoje życie. Opanowanie i siła woli doświadczonego wojskowego, jakim był Józef Stojanowski, podziałały na młodego Rosjanina.

Zawsze masz czas umrzeć — powiedział mu Józef, — Przeżyjesz i będziesz jeszcze bił Niemców. Niemcy są niespokojni — nie dziś, to jutro przyjdą twoi rodacy.

Józef Stojanowski miał rację. Po dwóch dniach oddziały Armii Radzieckiej wkroczyły do Legionowa. Było to 20 października 1944 roku. Tego samego dnia odszedł z nimi porucznik Włodzimierz Mechoncew. Tak się złożyło, że nie zdążył nawet podziękować Stojanowskim za gościnę i pożegnać się z nimi. Nie znał nawet nazwiska swoich wybawców…

PO DZIEWIĘTNASTU LATACH

Od tego czasu minęło prawie dziewiętnaście lat. Stojanowscy myśleli, że „ich Wołodia” zginął zapewne gdzieś na szlaku do Berlina albo po prostu zapomniał o nich. Włodzimierz Mechoncew, który przeżył wojnę i awansował do stopnia pułkownika, natychmiast po zakończeniu działań wojennych i później kilkakrotnie usiłował dowiedzieć się, kim są ci, którzy go uratowali. Wiadomości, które posiadał o nich, były bardzo skąpe. Znał jedynie samotną panią Elżbietę, nie wiedział, że ma ona syna i że „staruszek” jest jej mężem. Danych tych jednak nie wystarczyło, by odszukać rodzinę z Legionowa.

Leżą przed nami dwa listy adresowane do Ambasady ZSRR w Warszawie. Rzecz charakterystyczna — daty wysłania tych listów dzieli od siebie zaledwie dwumiesięczny okres. Jeden nadszedł od Stojanowskich z Legionowa, drugi — od Włodzimierza Mechoncewa ze Świerdłowska. Łatwo się domyślić, jaka jest treść tych listów. Stojanowscy proszą o pomoc w odszukaniu ich drugiego syna, a Włodzimierz Mechoncew…

Zresztą przeczytajcie sami: „Bardzo proszę o odszukanie kobiety, która nazywa się „pani Elżbieta” i mieszka w Legionowie pod Warszawą. Jest ona prawdziwą bohaterką. Z narażeniem własnego życia uratowała mnie od śmierci. Stała się dla mnie najbliższym człowiekiem i uważam ją za swoją drugą matkę. Przez cały czas pomagał jej pewien staruszek. Chciałbym również dowiedzieć się czegoś o nim. Będę bardzo wdzięczny za wiadomość o nich”.

Ot i cała historia. Dodamy tylko, że Stojanowscy mieszkają nadal w Legionowie pod Warszawą, ulica Słoneczna 17. Józef Stojanowski jest już niemłodym, lecz rześkim i energicznym mężczyzną. Od lat wybierany jest na członka rady zakładowej, a obecnie pełni funkcję jej przewodniczącego. Pani Elżbieta prowadzi gospodarstwo. Ich syn, Zbigniew, jest lekarzem wojskowym. Wszyscy z niecierpliwością oczekują wieści ze Świerdłowska.

LIST Z URALU

W poprzednim numerze zamieściliśmy reportaż, w którym opisaliśmy, w jaki sposób mieszkańcy Legionowa, Elżbieta i Józef Stojanowscy uratowali w czasie wojny radzieckiego pilota Włodzimierza Miechoncewa. Obecnie otrzymaliśmy od niego list, który publikujemy.

Moi drodzy Elżbieto i Józefie Stojanowscy!

Minęło wiele lat, lecz pamiętam doskonale i nigdy nie zapomnę Waszego czynu, dokonanego w październiku 1944 roku. Z narażeniem życia podaliście mi wtedy rękę z pomocą w tak trudnym dla mnie momencie. Sumienie wasze jest czyste wobec ojczyzny, narodu polskiego i wobec mnie. Uczyniliście wszystko, co było w Waszej mocy. Proszę przyjąć pełne szacunku pozdrowienie i najgłębszą wdzięczność! Ja i moi towarzysze broni jesteśmy pełni uznania dla waszego męstwa i przytomności umysłu. Postąpiliście jak prawdziwi patrioci polscy! Niech mi wolno będzie nazywać Was ojcem i matką, gdyż daliście mi „drugie” życie. zapraszam Was do siebie w gościnę – na Ural. Jeszcze raz bardzo dziękuję za wszystko co uczyniliście dla mnie. Z najgłębszym szacunkiem Miechoncew – podpułkownik.

Józef nie zdążył pojechać na Ural w odwiedziny do swego „drugiego syna”. Zmarł 25.02.1964 roku i został pochowany w Warszawie.

Komunistyczne władze odmówiły pochowania kapitana Józefa Stojanowskiego na Wojskowych Powązkach…

Dodaj komentarz